sobota, 23 maja 2020

Nów, Gemini

Nów to czas, gdy nie widać tarczy Księżyca na niebie. To moment, gdy nasza energia skierowana jest do środka, do naszego rdzenia. To czas odpoczynku, a nie działania. Co prawda pozostaje w duchu Yang – dlatego mamy pewne zadanie do wykonania – ale poza nim nie robimy zbyt wiele.

Nów można przyrównać do Yule, Słońce na nowo się narodziło i z każdym dniem będzie wzrastało. Mamy cieszyć się tym i pomału przygotowywać na nadchodzące wydarzenia, ale ciemność wciąż jest w przewadze.

W przyrodzie na zimę cała roślinność chowa się do siebie, drzewa porzucają liście, wszystko wygląda, jakby było martwe, ale tak naprawdę całą swoją esencję życia skrywa głęboko w sobie. Zwierzęta zapadają w sen zimowy. Wszystko zbiera siły, gdyż ma jedną intencję – odżyć na wiosnę.

W ten sposób prowadzi nas także Księżyc. Nów zachęca, by zajrzeć w głąb siebie, nie skupiać się na innych, poczuć, co prawdziwego się w nas kryje. Zasadzić naszą intencję w ziemi, na łonie Natury i cierpliwie czekać. Światło powoli będzie wygrywać z ciemnością, a w odpowiednim momencie, my podejmiemy dalsze kroki.

Wczoraj nastał Nów, dzisiaj wciąż jesteśmy w jego energii, dlatego kto nie spisał swoich celów, marzeń, wciąż może to zrobić i w zgodzie z rytmem Natury je spełnić.

Nów to niejedyne wczorajsze wydarzenie, trzeba dodać do tego wejście Słońca w znak Bliźniąt. Jest to znak powietrzny, odpowiadający za komunikację, relacje, rozwój. Mówi o byciu ciekawym, otwartym na nowe doświadczenia, przekonania, sposoby myślenia. Przy okazji Nowiu warto wybrać sobie intencję i w tym temacie.

U mnie wygląda to tak:

Bliźnięta – relacje i rozwój

Nów – komunikacja i organizacja

Na razie to tylko hasła, będę nad nimi pracować, by mieć mniej więcej ustalone, czego oczekuję. Choć zaznaczam, że warto być otwartym na to, co Życie ma dla nas w planach :)

Chciałam jeszcze zaznaczyć, że wciąż się uczę, mam swój Moon Journal, z którego czerpię wiedzę, ale korzystam też z innych źródeł, w odpowiednim momencie dam wam znać z czego konkretnie. Chciałabym was zainspirować albo wymienić się doświadczeniami :)

Jaka jest wasza intencja na ten cykl?
 Lunia

środa, 20 maja 2020

I sprawozdanie

Tak, jak obiecałam, mamy dzisiaj sprawozdanie. W poście, w którym prosiłam, by ktoś zwalił mnie z łóżka, pisałam, że rozpoczynam starania, by wstawać wcześniej.

Moim głównym celem jest wstawanie ze wschodem Słońca. Obecnie jest to około 4:30. Trochę hardcorowo. Każdego dnia mam budzik tak, jak wstaje Słońce. Czasami nawet wtedy się nie przebudzam. Ale dzisiaj tak, zrobiłam 8 minutową medytację i wróciłam do łóżka. No i spałam do 9:30. Z łóżka zlazłam o 10. Ehh. Ale, ale, po kolei.

Zadanie jest takie, że codziennie wstaję 15 minut wcześniej.
10.05 – cel: 9:30 – obudziłam się o 9:00, wstałam o 10. (No bo pisałam posta) I tak dla wyjaśnienia, zadanie jest zaliczone, gdy wstanę z łóżka o danej godzinie, a nie tylko się obudzę. NIEZALICZONE
11.05 – cel: 9:15  - pobudka (sama z siebie) 8:45, wstanie 9:22 (mamy progres). NIEZALICZONE

12.05 – cel: 9:00 – pobudka 8:00, wstanie 9:00 ZALICZONE
13.05 – cel: 8:45 – pobudka 7:14, wstanie 8:56 Hmm, niech będzie, że ZALICZONE
14.05 – cel: 8:30 – wstanie o 8:45 NIEZALICZONE
15.05 – cel: 8:45 – ZALICZONE
16.05 – cel: 8:30 – ZALICZONE
17.05 – cel: 8:00 – ZALICZONE
18.05 – cel: 7:45 – ZALICZONE
19.05 – cel: 7:30 – ZALICZONE
20.05 – cel: 7:15 – medytacja o 4:35 (mniej więcej), zignorowanie budzika o 7:15 i wstanie o 10, ehhhh NIEZALICZONE
Podsumowanie: 7/11 zaliczonych. Jest tak dość satysfakcjonująco.
Co do przemyśleń, to zdecydowanie muszę się pilnować, kiedy się kładę. Obecnie walczę z 23:30, ale myślę, że moim celem jest 22-23, jeszcze nie wiem dokładnie. I dobrze jest mieć cel, po co się wstaje.

A jak wasze pobudki i wstawanie, czy ktoś chciałby się do mnie dołączyć? :)


Lunia

Wczoraj czwartek, dzisiaj środa, a jutro znowu niedziela

Czyli o tym, jak czas szybko pędzi. Też macie wrażenie, że ucieka wam przez palce? Dobrze pamiętam, jak była końcówka kwietnia, i miałam jechać do brata. Dni się dłużyły, byłam w pełni obecna w każdym.

A potem wróciłam i czas minął mi tak szybko, że ze zdziwieniem patrzę na kalendarz i widzę 20 maja. To, że mimo wszystko mam swój osobisty progres i idę pomalutku do przodu, sprawia, że nie martwię się tym aż tak bardzo. Tak troszeczkę.

Pamiętam, jak wcześniej mijały dni, tygodnie i miesiące, a ja, nie mogąc urosnąć ani po prostu odpuścić, stopniowo gniłam. Wtedy naprawdę było się czym martwić.

Wygrzebuję się jednak teraz z tego stanu. Uzdrawiam.

I zastanawiam się, co mogę zrobić, by dni nie uciekały mi przez palce. Moim celem jest flow, by płynnie iść przez życie.

Pracuję teraz nad swoją organizacją, bo, gdy tylko zalewają mnie nowe pomysły, gubię się. Chcę robić tak wiele i poświęcać się temu całkowicie. A tak się nie da. Dlatego pracuję nad samodyscypliną i dobrą organizacją. Jestem jak ogień, jak już się odpalę, to chcę płonąć, płonąć, płonąć.

Wiadomo, co się dzieje, gdy ogień wymknie się spod kontroli. Pracuję więc nad tym, by trzymać się w ryzach. Myślę, że to jeden z elementów, który pomoże mi nie odczuwać wrażenia, że czas mi ucieka.

Drugi to bycie obecną. Czasami mam wrażenie, że dzień przemija mi totalnie bezrefleksyjnie, jak na autopilocie. Jest we mnie program i działam według niego. Tyle tylko, że jego matryca ma w sobie toksyczne części.

Także uczę się być obecną. Napiszę wam teraz, co staram się robić.

  • Od razu po wstaniu medytuję (w ramach wyzwania, 1 dzień – 1 minuta, 2 dzień – minuty itd., aż do 30 do dnia i 30 minut medytacji), po wyzwaniu chcę to kontynuować na swój sposób, obecnie jestem na 8 dniu.

  • Praktyka jogi – Powitanie Słońca, potem krótka praktyka wzmacniająca w zależności od dnia, Oddech Ognia i na koniec, hm, modlitwa? Podziękowanie? Ciężko mi to nazwać. Najpierw skupiam się na ciele i dzięki temu widzę drobne zmiany, przy oddechu staram się napełnić energią, a potem praktykuję wdzięczność i rozmawiam sobie z tym "czymś".

  • Prowadzę dziennik, w którym staram się spisywać sny, notatki co do dnia i rano zaznaczam sobie miejsce na: to w czym jestem dobra, dobre decyzje, akceptację, sukces i wdzięczność, w ciągu dnia staram się to wyłapywać, a wieczorem zapisuję.
  • Staram się głęboko oddychać, wyłapywać starą taśmę, tak by móc decydować świadomie, mam swoją wizualizację, by "sprowadzić się do ciała.

  • Wieczorem się rozciągam (staram się, bywa, że się zapominam).

  • I na koniec dnia, przed snem, próbuję robić EFT, nie zawsze mi wychodzi.

Nie wiem, czy to dużo czy mało. Nie wprowadzałam też wszystkiego od razu. Szybko bym odpadła. Zrobiłam jedno, poczułam się swobodnie, dodałam drugą aktywność itd.
A zyskuję dzięki temu to, że jestem bardziej świadoma, obecna, umiem odpowiednio zareagować, wiem, jak ważny jest odpoczynek. Wzmacniam siebie i swoją wiarę oraz pewność siebie. Idę do przodu i realizuję swoje cele. Mam większą klarowność, widzę, co nie działa i zmieniam to (nie zawsze od razu, to nie jest tak, że zrobię pstryk palcami, to proces - wymaga czasu, zaangażowania i konsekwentności).

A efekty zadziwiają mnie samą :) (ale jak widzicie, wciąż mam nad czym pracować!)
No to tyle w tym poście. Dajcie znać, co myślicie. Stosujecie swoje praktyki? A może was właśnie zachęciłam?
Jeśli macie pytania, śmiało pytajcie :)

Lunia

poniedziałek, 18 maja 2020

Dzikiej Drogi ciąg dalszy

Ten fragment Dzikiej Drogi, o którym mówiłam wcześniej, był mi już znany. Wiedziałam, co tam spotkam. Wędrowałam nią kilkukrotnie, ale wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to moja Dzika Droga. Nie wiedziałam tego nawet wtedy, gdy Oczko podarowało mi wspomnienie tętniące życiem.

Za Oczkiem jest ścieżka, która prowadzi do działek i zawraca lub biegnie dalej. Aż do tego momentu nie odważyłam się dalej podążać Drogą. Nie wiedziałam dokąd prowadzi, co mnie tam spotka.

Doszłam do działek, zauważyłam Magnolię, obawiałam się, że w tym roku je przegapię – ale otrzymałam kolejny prezent. Ta jedna mi wystarczy do następnego roku.

Zawróciłam.

Znowu przy Oczku. Co robić dalej? Wracać?

Nie. Jestem wolna.

I poczułam, że Dzika Droga mnie wzywa. Posłuchałam. Założyłam, że w którymś momencie się skończy albo zaprowadzi do jakiejś większej drogi. I zawrócę.

To cała ja. Uciekającą od nieznanego, niewychodząca ze swojej strefy komfortu. Bojąca się przekroczyć pewną granicę. Udomowiona. Grzeczna.

Gdzie ja się będę pchała na Dziką Drogą.

Ale to właśnie tam odnalazłam siebie. 

W pewnej chwili wszystko przestało się liczyć. Po prostu szłam dalej. Wzdłuż Strumyka. Nieustannie mnie zachwycał, po jednej stronie gąszcz drzewek i krzaków, a po drugiej działki na wzgórzu.

A pośrodku Droga i on.

Zachwycało mnie to, jak biegnie, jak delikatnie skręca. Płynął i prowadził mnie, z jego towarzystwem mogłabym pójść wszędzie.

Mówi się, że nie liczy się cel sam w sobie, ale droga, która do niego prowadzi. I ja to poczułam, w pełni byłam w tym momencie, nie wiedziałam, dokąd idę, nie miałam więc oczekiwań. Dałam się ponieść chwili.

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłam tak bardzo obecna. Tu i teraz.

I wtedy uświadomiłam sobie, że Droga gdzieś prowadzi.

Do mojego Dzikiego Miejsca. 

A gdzie prowadzi Twoja Droga? Jaka ona jest? Jak to jest nią podążać?

Lunia

niedziela, 17 maja 2020

Rytm Natury i Malejący Sierp

Natura ma swój rytm, według którego żyje i umiera rok po roku. Każdy z nas jest zapoznany z pojęciem pór roku. Wiemy, że jest zima, wiosna, lato i w końcu jesień. Obserwujemy dość widoczne zmiany, ale czy zastanawialiście się nad nimi głębiej?

Czy wiecie, że tak, jak cykl wpływa na florę i faunę, wpływa i na nas? Zwłaszcza że w naszym klimacie, gdzie obecne są cztery pory roku (a doszukuje się kolejnych dwóch) jest całe spektrum zmian. Wszystko w przyrodzie żyje i umiera, by mogło narodzić się coś nowego. Cykl za cyklem.

W obecnym świecie jest tendencja, by odchodzić od Natury, zapomina się, jakim prawami jest rządzona. Swój głos zabierają jednak i ludzie, którzy wiedzą, pamiętają, nie odnajduję się w świecie odgrodzonym od Matki Ziemi, za bardzo jej potrzebują.  Pragną ją całym sobą. Chcą ułożyć się w jej ciepłym, bezpiecznym łonie.

W skali roku, w miarę tego jak Ziemia okrąża Słońce, dochodzi do cyklu, który pobudza roślinność do życia, zbiera jej plony i w końcu prowadzi w sen zimowy. Koło Roku to zbiór ośmiu świąt, w których celebruje się zmiany w przyrodzie.

Yule
Imbolc
Ostara
Beltane
Litha
Lammas
Mabon
Samhuin

Przypadają one na równonoce, przesilenia i okresy między nimi. Prowadzą nas przez rok w zgodzie z rytmem natury.

W mniejszej skali prowadzi nas Księżyc, który w ciągu rocznego cyklu wokół Słońca, okrąża Ziemię trzynaście razy. Zachowuje jednak przy tym zgodność z wcześniejszym i także można wyróżnić osiem faz.

Nów
Wzrastający Sierp
Pierwsza Kwadra
Wzrastający Garb
Pełnia
Malejący Garb
Trzecia Kwadra
Malejący Sierp

Zostaje nam jeszcze jedna kwestia. Ziemia obraca się także wokół własnej osi. Następuje zjawisko dnia i nocy. Jak każdy z cykli ma swoje punkty kulminacyjne.

Tym będziemy zajmować się w ramach cykliady, tak by nauczyć się życia w zgodzie z rytmem Natury.

Dzisiaj przypada nam Malejący Sierp. Księżyc w tej fazie mówi: Odpocznij, to czas na refleksję, poddaj się temu, co musi nadejść, by mógł zacząć się kolejny cykl, w którym narodzi się coś nowego.

Tak więc odpoczywam :) A przynajmniej się staram. Moja refleksja: Coś, gdzieś tam na górze, nas prowadzi. Nie wiem, co i nie wiem, jak.  Nie mam pojęcia, jak to nazwać, czy wpisze się to w jakąkolwiek wiarę. Ale oddając kontrolę i dając się prowadzić wszystko w końcu się układa, tak, jak powinno. Czasami warto nadstawić uszu i posłuchać czy aby czasem ktoś nam nie podaje wskazówek. Nieśmiało szepcze: spójrz tutaj, tu masz rozwiązanie.

Zróbcie miejsce na to, co narodzi się w nowym cyklu :)

Lunia

Postaram się także, by przy okazji następnego postu cykliady podać linki do innych blogów, gdzie będziecie mogli dowiedzieć się, na czym polegają dane sabaty i co w ich czasie można robić, by odpowiednio celebrować ten czas. Tak byście mogli znaleźć też coś dla siebie :) A jeśli macie już jakąś wiedzę na ten temat, dajcie, proszę, znać. Będę wdzięczna!

sobota, 16 maja 2020

Cykliada - wprowadzenie do projektu

Tak jak obiecałam ruszamy z projektami. Ten będzie na rozgrzewkę. Za parę dni przedstawię wam kolejny projekt :)

Nie będę to coś całkowicie nowego, pisałam już Malejącym Księżycu i Trzeciej Kwadrze, wiedziałam wtedy, że chcę o tym pisać. Teraz jednak nabiera to kształtu. Chciałabym, żeby było to coś więcej niż tylko napisanie, co tam się zadziewa w danym dniu. W raz z rozwojem projektu sami zobaczycie.

Tematyka: Cykle. Yin i Yang.

Cel: nauka życia zgodnie z cyklami.

Co będzie wchodziło w zakres tego projektu?
  • Estabaty (Księżyce),
  • Sabaty,
  • Dzień i noc.
Dodatkowo w ramach tego będę umieszane intencje na dany miesiąc i to, na czym w danym czasie chcę się skupić.
Będzie też trochę o znakach zodiaku, na pewno pojawi się post, gdy Słońce będzie wchodziło w dany znak. Do tego będą przypominajki i zadania do wykonania lub wyzwania.
Chciałabym też przybliżyć wam też trochę Yin i Yang, to, jak ja do tego podchodzę. Przedstawię wam różne ciekawostki. Główny temat jest zdecydowanie Yin, ale chcę też nawiązać do całości, by nie nie zamykać się tylko na jego część.

Jak to będzie wyglądać?

W odpowiedni dzień będę umieszczać posta z moimi przemyśleniami, obserwacjami i tym, jak praktykuję. A jako, że mowa tu o cyklach, czyli jest to pewien proces, nie będzie to na zasadzie pojedynczych, niezależnych postów. Tak też nie będzie wyglądać moja praktyka. Wszystko będzie połączone. Mam nadzieję, że wspólnie będziemy przechodzić przez kolejne cykle :)

Będę też pisać czasami bardziej “wiedzowe” posty, ale i tak pewnie przesiąknięte będą moimi opiniami itd. Nie będę tworzyć nowej prawdy, ale mimo wszystko ten projekt będzie bardzo “mój”. Postaram się jednak, by każdy mógł znaleźć coś dla siebie.

Pojawią się także podsumowania, tak, by móc sobie wszystko poukładać, wyciągnąć naukę.

Dlaczego cykliada?

To będzie nasza cykliczna impreza odnośnie cykli. Jak dla mnie idealnie pasuje.

Na koniec chciałam zapowiedzieć, że przygotuję dla was (jeśli mi się uda) plik, w którym będzie “cyklowy kalendarz”. Jeszcze dam znać, co i jak, wyczekujcie i nasłuchujcie :)

W następnym poście opowiem trochę o cyklach.

Do następnego!

piątek, 15 maja 2020

Trzecia Kwadra - odpuść, wypuść, uwolnij się

Jest progres, tym razem tylko jeden dzień spóźnienia. Jeszcze będę na czas, zobaczycie.

Obecnie mamy Trzecią Kwadrę, a ona mówi nam – odpuść, wypuść. To moment, gdy puszczamy wszystko, co już więcej nam nie służy. Tak, jak drzewa jesienią, z których opadają liście. Zimą nie będą przydatne, trzeba zrobić miejsce na te, które pojawią się wiosną.

Co już więcej mi nie służy?

Chowanie się.

Chcę czuć, że gdzieś przynależę. A do tego potrzeba pokazania się. Przedstawienia się. Zaprezentowania. Wykazania się. Nawiązania kontaktu. Ktoś kiedyś powiedział, że trzeba zacząć wyć, by odnaleźć swoje stado (znajdę dokładny cytat i autora, słowo). Zaczynam to robić. Wyję do Księżyca. I wyczekuję na odpowiedź.

Żeby nie było, że jestem gołosłowna. Dziś po raz pierwszy od bardzo dawna napisałam posta na Facebooku, który może zobaczyć ponad 500 osób z grupy prywatnej. Tak się stresowałam. Przeczytałam go kilka razy, musiałam zrobić kilka wdechów i w końcu opublikowałam. I jestem mega szczęśliwa, bo odbiór był bardzo pozytywny. Nawiązałam kilka kontaktów. Niesamowicie mnie to wzmocniło.

A jeśli komuś wydaje się to dziwne i zastanawia się, dlaczego zrobiło to na mnie takie wrażenie, to powiem, że ja zawsze się chowałam. Unikałam kontaktów. I zostałam prawie sama. Teraz chcę to zmienić.

A co wy macie do odpuszczenia? Co was blokuje?

Dzisiaj blog ma już tydzień <3 Jestem mega szczęśliwa z tego powodu. Chciałam jeszcze powiedzieć, że jestem coraz bliższa ruszenia z moim projektem. Nie mogę się doczekać, by z nim ruszyć :) 

środa, 13 maja 2020

Słodka chwila

Jeśli zmagasz się sam ze sobą i na dodatek z całym światem, a przynajmniej takie masz wrażenie, to wiesz, jaką wartość mają te momenty, gdy czujesz, że jest naprawdę dobrze. Ja tak mam właśnie teraz. Gdzieś z tyłu głowy wciąż pamiętam o tym, co jest nie tak. Ale nie ma to teraz znaczenia.

Bo widzę progres.

Bo jest naprawdę dobrze.

W tej słodkiej chwili chcę tylko tańczyć, cieszyć się i radować. Wirować i całkowicie zanurzyć się w tym błogim uczuciu. Nic innego nie ma znaczenia. To taki moment, gdy czuję się dzika. Jakbym była tam, gdzie powinnam być. Głos ze środka się raduje. Jestem tak blisko mojej Prawdy. W tej słodkiej chwili świętuję, gratuluję sobie, doceniam się. Jestem z siebie dumna.

Triumfuję.

Przyszło mi takie zabawne wyobrażenie.

Jest ciepły, słoneczny dzień. Na niebie nie ma ani jednej chmurki. Jestem na polanie, gdzieniegdzie rosną drzewka. Zachwycam się kwiatkami, widzę białego motylka i pazia królowej. I wtedy słyszę trąbkę.

Turuuum Turuuuum. Idą trąbkarze, a za nimi dwóch chłopców gra na bębenkach. Tum tu tum.

Dalej ciągnie się gromada ludzi, którzy są przebrani, jakby właśnie uciekli ze średniowiecznego zamku. Kobiety niosą kwiaty. Wszyscy się cieszą i radują. Idą, tańczą i coś skandują.

Na początku nie słyszę. Już wiem. Wołają: Lunia, Lunia, Lunia.

Są tu i cieszą się razem ze mną moją słodką chwilą. Podchodzą do mnie, uśmiechają się, gratulują.

W końcu porywają mnie do tańca. Na polanie przygotowali wielkie ognisko. Trąbki i bębenki zostały zamienione przez bębny, dało się też słyszeć inne instrumenty.

W rytm muzyki i natury wirowaliśmy wokół ogniska. Dzień zamienił się w noc, a my w blasku gwiazd wciąż świętowaliśmy moją słodką chwilę.

Lunia

Jestem w trakcie opracowywania tego, co chciałabym tu umieszczać. Na pewno część postów będzie miało podobny charakter jak ten. Ale pracuję nad resztą. Wkrótce powinnam już ruszyć z czymś konkretnym. Ciekawa jestem, co na to powiecie :) 

Malejący Garb - czas dzielenia się plonami

Od jakiegoś czasu interesują mnie cykle w przyrodzie. Najkrótszy – wdech i wydech – jak fale na morzu i oceanie, nieco bardziej rozciągnięte w czasie – dzień i noc. Prawie tak długie jak miesiące cykle Księżycowe, których w roku jest 13, a nie 12, a to tylko przez różnicę 2-3 dni w stosunku do każdego miesiąca. Cykl kobiecy – dla wielu tabu, nieprzyjemny temat, okropne bóle, parszywy nastrój i idealny materiał dla żartów – zbiegający się z księżycowym. Pory roku, o których już coś niecoś napisałam. Okresy w życiu człowieka. I zapewne inne. Podobieństwa są tak wielkie, że nie sposób uznać je za przypadek. W gruncie rzeczy wszystko żyje i umiera według jednego rytmu. O tym więcej kiedy indziej :)

Po tym przydługaśnym wstępie czas na konkret. Do brzegu, Lunia.

Wiecie, jaki jest obecnie Księżyc? Malejący Garb. Ten Księżyc mówi nam, że czas podzielić się swoimi efektami, wiedzą. No więc to właśnie zrobię.

W tym cyklu nów zbiegł się (no tak prawie) z wejściem Słońca w znak Taurusa, dlatego moje cele były z nim związane .

(hm, nie przestraszcie się tych znaków, cykli itd., całkiem luźno do tego podchodzę, ale sprawia mi to frajdę, a jestem pewna, że jak coś więcej o tym powiem, to sami zaczniecie bardziej się temu przyglądać – a jeśli sami się tym interesujecie, dajcie znać!)

Taurus mówi o poczuciu wartości (i nie tylko) i może się to wam wydać naciągane, ale zanim odpowiednio skupiłam się, czym się zajmuje, wykupiłam sobie kurs odnośnie do właśnie tego tematu. Dla mnie to coś więcej niż zbieg okoliczności.

Jestem na 19 lekcji – jedna na dzień – i to już ponad połowa kursu. Jest tam takie zadanie, by wypisać po czym się pozna, że poczucie wartości wzrosło. U mnie wygląda to tak.

Początek - z tego miejsca startuje:
Lęk przed tworzeniem, bo:
  • Niewystarczająco dobre
  • Nie mam dobrego warsztatu
  • Zero doświadczenia
  • A co ludzie powiedzą
  • Inni wyśmieją to, co tworzę
  • Nikt nie będzie chciał tego zobaczyć

Obawa przed wypowiedzeniem się na jakiś temat, bo:

  • Palnę jakąś gafę

  • Nie będę umiała się wysłowić

  • Zrobię jakiś błąd

  • Zapadnie cisza

  • Będzie to nie na miejscu

  • Zjedzą mnie emocje i nerwy

  • Zareaguję jakoś, np. Zrobię się czerwona jak burak, rozpłaczę się

  • To będzie bez sensu

  • Nie mam nic wartościowego do powiedzenia

Na tym oczywiście nie koniec ;)

Wysokie poczucie wartości: Tworzę i wyrażam swoją opinię i jest to coś naturalnego, lekkiego i oczywistego.

A teraz: Pokazuję się światu.

Piszę akurat o tym, bo w tej kwestii coś się zmieniło. A skoro uległo zmianie znaczy to, że moje poczucie wartości wzrosło. Nie jakoś super bardzo i nadal brakuje mi paru punktów, by w skali do 10 mieć 10/10. Ale zrobiłam krok do przodu, może nawet parę.

Dowód? Ten oto blog. Udostępniam swoje treści tak, że każdy może je zobaczyć, dla mnie to coś. Naprawdę duże COŚ. Myślałam już o tym wcześniej, ale dopiero teraz się odważyłam. Naprawdę poczułam, że mam coś wartościowego do powiedzenia I jestem na tyle wartościowa, by dzielić się tym, co mnie interesuje, jakie mam przemyślenia.

Tak więc, moi Drodzy, chcę się z wami podzielić tym, że najlepsze są małe kroczki i idąc kroczek za kroczkiem osiągniemy nasz cel. Na każdego w końcu przyjdzie czas. My mamy się stawić. Nie chcę wam tu dawać pitu pitu i polewać tego lukrem, żeby było tak fajnie, cukierkowo i łatwo.

Tak nie jest.

Mam różne nastroje, ale raczej jestem optymistką (ewentualnie pozytywną realistką), zdaję sobie jednak sprawę, gdzie jestem. I jeszcze daleka droga przede mną. Czasami mam ochotę schować się pod kocem i pod żadnym pozorem nie wychodzić, ale to działa na chwilę, może ze dwie. Ale teraz, mimo że widzę, jak dużo mam do przejścia, wiem, że zaliczyłam już jakąś część tego.
I to dodaje mi wiary w siebie.

A czym wy możecie się podzielić w tym Księżycu?

Lunia

Jestem delikatnie spóźniona z tym postem. Malejący Garb wpada już prawie w Trzecią Kwadrę. Ale jeszcze się liczy!

poniedziałek, 11 maja 2020

Znasz odpowiedź zanim w ogóle wiesz dlaczego

Jaka jest Twoja ulubiona pora roku?

Wiosna.

Chociaż w sumie… to chyba wszystkie. Na wiosnę wszystko kwitnie i jest jakoś tak fajnie. W lato są wakacje, wiadomo. Na jesień liście drzew mają przepiękne kolory liści. Zima ma swój urok, są święta.

Sama już nie wiem.

Wiosna wciąż ciśnie się na usta, ale przecież lato wydaje się znacznie lepsze. Inni pytają i ta wiosna wydaje się taka nijaka. Jak ją wytłumaczyć? Inni mówią, co lubią i dlaczego i ta wiosna jest jeszcze bardziej nijaka. Czemu nie mogę lubieć lata? Co w niej jest takiego?

Brak odpowiedzi.

No i co z tym zrobić? Ha, wiem.

Lubię wszystkie pory roku.

No i czuję się, jakbym przechytrzyła system. O to chodziło. Wreszcie spokój. To jaką lubisz porę roku? Tak właściwie to lubię wszystkie. Cenię każdą za jej odmienność.

A coś z tyłu woła wiosna.

Ale wciąż nie wiem czemu.

I tak trwało to kilka lat. Aż do tego roku. A gdy ktoś teraz zapyta mnie o ulubioną porę, odpowiem z przekonaniem wiosna. Tak? A dlaczego akurat ona? Od wiosny jest coraz więcej Światła, więcej niż Ciemności, to czas, gdy na nowo napełnia nas energia. Ziemia odżywa. Dni robią się coraz cieplejsze. Promienie słońca ogrzewają skórę, a ciepły wiatr ją głaszcze. I czujesz, jak wszystko żyje. W końcu przychodzi zwieńczenie wiosny i cały świat kwitnie.

Ja i wiosna gramy tą samą piosenkę.

A jaka jest Wasza ulubiona pora roku?

Lunia

niedziela, 10 maja 2020

Lepiej późno niż wcale czyli majowe planowanie

Już jakiś czas temu postanowiłam sobie, że niedziela to mój dzień na planowanie kolejnego tygodnia. I tak całkiem mi to wychodzi. Dlatego dzisiaj jest wpis. Później postanowiłam sobie, że będę wyznaczała cele miesięczne.

Z kwietniem wyglądało to tak, że ja swoje, a Życie swoje :)

Myślę, że to poniekąd kwestia tego, że jestem jeszcze trochę zielona w sprawach planowania, trzymania się postanowień i śledzenia progresu.

Brakuje mi niekonsekwencji.
I nie mam swojego systemu.

Ale wszystko w swoim czasie.

Z drugiej strony nie chcę kontrolować każdej minuty, mieć wszystko zaplanowane. Tak jak w filmowej wersji “Małego Księcia”. Kojarzycie tą scenę, gdy matka dziewczynki wyciąga tablice, na której WSZYSTKO jest zaplanowane? 

Jasny cel. Konkretne działania prowadzące do niego.

Strasznie to mną wstrząsnęło. No, to jak kojarzycie, to wiedzcie, że mam tendencję do takiej przesady, takiego absurdu.

Nie oto tu chodzi.

Chcę iść przez Życie z flow. I wiem, że nawet jeśli zaplanowałabym każdą minutę i miałabym chęci, żeby faktycznie się tego trzymać, to Życie i tak zaśmiałoby mi się w twarz. A potem poprowadziło mnie tam, gdzie właśnie powinnam być, do tego, co mam zrobić.

Tak więc, mimo że 10 maja, z pokorą przysiadam i wyznaczam sobie dwie kwestie na maj.

• Kwitnienie

• Pisanie

I wiem, że tylko pozornie ja je wyznaczam.

Dla pierwszego inspiracją jest sama Natura. To na maj przypada Kwiatowa Pełnia. Wszystko kwitnie. I we mnie coś zakwitło.
Co jeszcze może?

Z pisaniem zaczęło się już w zeszłym miesiącu, ale to był tylko wstęp, teraz czas się rozkręcić. A wkręciłam się w to, bo okoliczności były sprzyjające.

No to dzieła 

Lunia

Proszę, niech mnie ktoś zrzuci z łóżka

bo inaczej nie wstanę.

Nogi jak z waty, całe ciało ciężkie, niedokońca świadomoma, tylko z tyłu głowy przebija się mój głos mówiący “wstawaj”.

Ale nie potrafię.

A wyobraźcie sobie, że ogólnie wolę wstawać wcześniej i tak po prostu wstawałam, naprawdę rzadko kiedy leżakowałam do 10, do 11 raz na milion lat.

A teraz 10-11 to standard, z trudem wywalczyłam, żeby nie przeciągało się to do 12. A, o matko, mój rekord to 14. I wiecie, to nawet nie tak, że śpię, jestem między snem a jawą, budzik nic nie daje. Kilka godzin walki. No ale dlaczego?

Moje wytłumaczenie:

• nie ma, po co wstać (całe to siedzenie w domu, niby jest, co robić, ale to tak inaczej),

• na myśl o stawieniu się do pewnej sytuacji, całe moje ja protestuje, woli się schować,

• dawanie sobie przymusu, że chcę coś zrobić, zmienić, wprowadzić, a w jakiś sposób odbiega to od moich potrzeb, rzeczywistości,

• niedostateczna ilość snu (problem z zaśnięciem),

• lenistwo, brak samodyscypliny i inne takie.

Nie wiem czy to podświadomość, umysł, ego czy coś jeszcze innego odpowiada za ten bunt. A może wszystko na raz.

Miałam taki plan, by wstawać o 5, mieć czas dla siebie, zrobić codzienne mini kroczki i by kłaść się o 22.

No i Lipa.

Dzwoni budzik. Patrzę – 5:00. Muszę wstać. No nie dam rady. Zamykam oczy. Jestem pewna, że minęło 5 minut. Jest 10 albo i gorzej. I w tym momencie zazwyczaj powiem coś brzydkiego, ale to może nie tutaj.

Zmiana taktyki.

Będę wstawała tak, jak wstaje Słońce. Oddaję kontrolę nad tym. Przedział w ciągu roku 4-8 jakoś tak (skąd taki pomysł opowiem, kiedy indziej).

Podziałało? A jak myślicie? Ani trochę.

No ale nie poddaję się.

Gdzieś tam przeczytałam, że potrzeba ok. 100 dni, by wyrobić sobie nowy nawyk (gdzieś indziej chyba 21 dni conajmmiej). I lepiej robić mini kroczki, niż skakać na głęboką wodę. No więc dobra.

Cel: Wstawanie ze Wschodem Słońca

Dzień I: Wstaję o 9:30, bez przmusu zrobienia czegokolwiek (wstałam o 9:00)

Dzień II: Wstaję o 9:15, wpis w dzienniku

Kolejne dni: wstawanie 15 minut wcześniej niż poprzedniego dnia

Sprawdzenie: co 10 dni (następne 20.05)

Sprawdzenie końcowe: 18 sierpnia, czwartek

No i druga sprawa najpóźniej spanko 00:00. A potem się zobaczy.

Trzymajcie kciuki
Lunia

sobota, 9 maja 2020

Bo chodzi o to, by czuć, że się żyje

Jestem wolna.

Od razu dostrzegłam, jak Natura zmieniła się od poprzedniego razu. Drzewka kwiatowe kwitły. Było bardziej zielono. Tak długo nie wychodziłam, że zamiast żółtych pąków napotkałam dmuchawce. Teraz żałuję, że żadnego nie zdmuchnęłam. Ale może to dobrze? Jego czas i tak przyjdzie.

Wszystko było bardziej żywe. Napotkałam drzewa z tak pięknym odcieniem zieleni, nie był on przytłumiony tak jak u innych, ale prawdziwie "żywy”.

Aż w końcu dotarłam do mojej Dzikiej Drogi.

Powitał mnie Strumyk, który jest tak podobny do tego, który jest  w moich Ukochanych Górach. Idę wzdłuż niego, czuję, jak wszystko puszcza, zachwycam się otaczającą przyrodą. Parę kroków dalej widzę uroczą łączkę białych kwiatuszków. Mam wrażenie, że to prezent dla mnie. (Nazwać ich niestety nie umiem, moja znajomość nazw jest niezadowalająco mała).

Dzika Droga prowadzi mnie dalej, po lewej stronie Strumyk, po prawej widzę Pole, które pamiętam jeszcze z czasu, gdy panowała Zima. Zaschnięte trawy, drzewka bez liści, tak było wtedy, a teraz widać, że Suche Pole odbiło się po zimowej martwocie. A razem z nim odżyło coś we mnie.

Trochę dalej, naprzeciwko, wartę trzymają Strażniczki, nie są wysokie, za to bardzo urocze, ale w pewien sposób jakby stare. Są w pewnej odległości od Wielkiej Warowniczki. Ta rośnie na zakręcie Strumyka. Wydaje mi się, że ma to znacznie. Nie wiem jednak, czego strzegą.

Słyszę głośny szum i wiem, że Strumyk wpada do Oczka Pierwszego. I to, co widzę, mnie zachwyca. Barwa wody w kontraście z zielenią dookoła nabiera głębi. Nieco od brzegu leży mała wysepka, na której przysiadają mewy. Słońce otula wszystko swoimi promieniami, czuję ich ciepło na mojej skórze. I mam wrażenie, że znalazłam się w Raju. Atmosfera tego miejsca jest swobodna, sielska, czuję się lekko, jakbym miała wzbić się w powietrze tak jak mewy.

Chciałam zagarnąć całą magię tego miejsca dla siebie. Stać się złodziejką, mieć to tylko dla siebie, tak bym tylko ja mogła cieszyć się pięknem tego miejsca. Ale wiem, że wtedy czar by prysł. Wszystko by umarło.

Zamiast tego utrwaliłam ten obraz w pamięci. I choć Oczko Pierwsze wciąż ma swoją magię, to w każdym kolejnym dniu, każdej kolejnej chwili wygląda inaczej, ale ta konkretna chwila jest moja.

Wciąż żyje we mnie.

A dzięki niej żyję i ja.
Lunia

Jeszcze parę słów wstępu

Prawie 6 lat temu po raz pierwszy zaczęłam coś zmieniać. Jakoś tak świadomie robić to, co mi się podoba i co chcę robić. Zaczęło się od:

• naturalnych kosmetyków i pielęgnacji,

• wegetarianizmu (z którego w końcu zrezygnowałam),

• ćwiczeń w domu.

Powiem Wam, że marnie mi to wyszło. Po takim czasie powinnam mieć super zdrowe włosy, zadbaną skórę, mieć opracowany plan pielęgnacji, swoje ulubione kosmetyki albo mieć już pokaźną widzę na ten temat. Co, jak, do czego itd. A to tak nie wygląda.

Moja kondycja, ekhem, pozostawia wiele do życzenia, wciąż staram się znaleźć to, co mi pasuje, wciąż daleko mi do efektów, które mi się marzą.

A przygoda z wegetarianizmem to temat na później.

Potem doszły do tego różne moje pasje, zainteresowanie rozwojem osobistym, psychologią i inne takie. Były wzloty i upadki. Teraz jestem ja, z pewnością z większą wiedzą, bardziej świadoma, ale wciąż czuję się, jakbym była w tym samym miejscu.

Przez cały ten czas miałam wrażenie, że muszę się kryć z moimi zainteresowaniami, niewiele z mojego świata przedostawało się do innych. Myślę, że to ciągłe krycie się i przekonanie, że nie mogę być otwarcie sobą, mnie męczyło.  Blokowało. I w końcu nie przynosiło efektów.

Dlatego zmieniam sposób działania.

Tworzę przestrzeń, w której jestem sobą. Taką jaką jestem.

I dzielę się tym.

A Ty, mój Czytelniku, czujesz się swobodnie będąc sobą? Masz na to przestrzeń?

Śmiało, daj znać, jak to wygląda u Ciebie :)
Do następnego
Lunia

piątek, 8 maja 2020

Ósmy maja - początek

Odkąd pamiętam, zawsze miałam “swój świat”. Gdy pochwyciłam książki fantasy i pochłonęły mnie historie w nich zawarte, zaczęłam żałować, że rzeczywistość nie jest taka jak w nich. Wszystko było tam lepsze.
Z kolei normalna, szara codzienność nie wydawała się ani trochę zachęcająca. Wizja, którą przede mną roztaczano, była daleka od tego, czego tak naprawdę pragnęłam.

Tak jakoś wyszło, że dałam się w to złapać. Nie było innej opcji. No bo co? Byłam tylko dzieckiem z marzeniami, które widziało, że świat dorosły jest daleki od tego, co było dla mnie takie ekscytujące. Tu nie ma miejsca na takie bzdury. Więc, jako posłuszna dziewczynka, robiłam, jak mi kazano. Starałam się być grzeczna, nie robić problemów.

Bardzo głęboko schowałam to, co było mi bliskie.

Tak się zastanawiam, jak to zrozumiecie? Chodzi mi o to moje porównanie rzeczywistości do książek fantasy. Nie mam na myśli tego, że ubolewam nad brakiem smoków, jestem pewna, że rozumiecie.

Mówię tu o takim życiu, w którym się żyje, a nie tylko go przeżywa.
Może troszkę też o magii, o czymś takim, co gra tą samą piosenkę, co głos z wewnątrz.

I tak na koniec, o czym będę tu pisać?

Będzie o tym, że wcale nie musi być tak, jak nam wmówiono.

Będzie o tym, jak na nowo zacząć słuchać głosu, który zamilkł.

Bo to wcale nie takie łatwe.

To mój sposób na odnalezienie siebie. Jeden z wielu.

Ale także na odnalezienie ludzi, którzy to rozumieją. Którzy mają podobne trudności, bo nie jesteśmy w tym sami.

Jak to mówią - w grupie siła.

Witaj na pokładzie :)
Lunia